Czy łatwo jest zrobić karierę arbitra ?

Są ludzie, którzy całe życie zawodowe poświęcili arbitrażowi. Jest wielu którzy robią karierę. Jest jeszcze więcej tych, którzy pragną ją zrobić.  Rzesze młodych ludzi garną się do arbitrażu. Jest coraz więcej prac magisterskich, dysertacji doktorskich i artykułów o arbitrażu pisanych przez bardzo młodych ludzi. Co takiego pcha ich do arbitrażu? Skąd ta motywacja?

Karierę arbitra robi się stosunkowo późno. Prawie nigdy nie jest to kariera pierwsza. Pierwszą karierę trzeba zrobić w innym zawodzie: jako adwokat, radca prawny, sędzia, pracownik nauki, dyplomata, biznesmen, polityk, czy też ekspert. Dopiero później ktoś nas powołuje na arbitra. Młodzi nie mogą się tego doczekać. Wielu pragnie jak najprędzej dostać pierwszą sprawę. Lecz w czasie interview pada zawsze to samo pytanie: Jak często był Pan arbitrem? Ile wyroków w sprawach tego typu Pan wydał? Jakie ma Pan doświadczenie w rozstrzyganiu spraw tego typu?

Młodzież nie ma na te pytania dobrej odpowiedzi. To trochę tak jak młody chirurg ortopeda rwie się do pierwszej operacji kolana, a potencjalny pacjent pyta: „Panie doktorze, a ile kolan Pan już w życiu zoperował?” Jeśli lekarz odpowie „Ani jednego, ale bardzo chcę zoperować to pierwsze” – pacjent pójdzie do innego chirurga, najlepiej do takiego, który operował 100 kolan, albo więcej. Jak więc zrobić karierę arbitra? Jak zacząć?

Jednocześnie środowisko arbitrażowe świadome jest potęgi i potencjału młodego pokolenia prawników. Jak tych ludzi przytrzymać nie trwoniąc ich entuzjazmu i zainteresowania arbitrażem? Przecież pierwsze nominacje przychodzą dopiero około 40-tki, a karierę arbitra robi się około 50-tki. Tymczasem w konferencjach arbitrażowych często uczestniczy więcej prawników, niż jest spraw arbitrażowych w danym kraju. Na salach konferencyjnych siedzi więcej uczestników niż jest arbitrów na listach arbitrów danej instytucji. Największe i najstarsze instytucje arbitrażowe mają od kilkudziesięciu do kilkuset spraw rocznie. Liczba postępowań ad hocjest nieznana. Chciałoby się wierzyć, że jest przeogromna, lecz tak wcale nie jest.

Badania przeprowadzone wśród prawników największych korporacji pokazały, że w 2006 zdecydowana większość 76% respondentów odpowiedziała, że ich przedsiębiorstwa wolą arbitraż instytucjonalny, a tylko 24% wybrałoby ad hoc. W 2008 r. te preferencje umocniły się i za instytucjonalnym arbitrażem opowiedziało się aż 86%, a za ad hoc jedynie 14%. Liczba toczących się arbitraży ad hoc jest ciągle zagadką. Panuje mit, że arbitraży ad hoc jest bardzo dużo. Społeczność arbitrażowa chce wierzyć, że jest ich nieskończona ilość. Tymczasem odnosi się wrażenie, że tak nie jest, a chętnych arbitrów jest więcej niż spraw do rozpoznania.

Młodym prawnikom oferuje się, więc programy i organizacje typu: Young International Arbitration Group (LCIA), Young & International (ICDR), Young Arbitration Forum (ICC), Young Austrian Arbitration Practitioners (YAAP), Young International Arbitration Group (YIAG), 

Circle of Young Professionals (FIDIC), ASA Below 40 (Groupe ASA des Jeunes Practiciens de l’Arbitrage) i in. Pojawiają się ruchy „młodych arbitrów” i organizacje typu „Arbitrators under 45”. No cóż młodość trwa teraz dłużej, niż kiedyś.

Interesujące jest, co takiego młodzi widzą w arbitrażu. Czy chodzi im o tradycję, czy chodzi o kulturę, czy chodzi o pieniądze, sławę a może o specyficzny styl życia uprawiany aktywnie do najpóźniejszych lat. Przykłady takie jak: George Dobry, Judge Holzman, Fali Nariman, Igor Pobirczenko, Tadeusz Szurski i wielu innych sprawnych i aktywnych po 80-ce pozwalają wierzyć, że jest coś specjalnego w arbitrażu, co trzyma arbitrów w dobrej formie. Cóż więc jest takiego specjalnego w karierze arbitra, że tylu chętnych chciałoby tej drogi spróbować?

Opowiem w następnym felietonie.

Piotr Nowaczyk

adwokat